sny od 2005 roku

Ayahuasca 2011-03-01 15:08:48

Czekałem wiele godzin w poczekalni, sam nie wiedząc co to będzie. W starej kamienicy, w starym mieszkaniu. Naokoło szły szykowania do święta wojska polskiego. Gdy wypadła moja kolej, jakaś dziewczyna próbowała się wcisnąć przede mną. Nie pozwoliłem. Wszedłem. W środku w dużym pokoju siedziało starsze małżeństwo. Amatorzy szamanizmu ze wschodu. Rutyniarze. Baba słuchała o moich problemach, a jednocześnie okazało się, ze słyszą to inni. Do tego z powody nudy całodziennych zabiegów pociągnęła wina z butelki. Kobieta po krótkiej rozmowie dala mi kilka łyków z malej buteleczki - wypiłem łapczywie. Okazało się, że była to ayahuasca.

Leżałem i czułem jak zaczyna mi wchodzić. Denerwowało mnie to, gdyż nie lubię tracić kontroli i być naćpanym. Powiedziałem jej o tym. Ona dala mi książkę, która miała mnie przez to przeprowadzić oraz słuchawki na uszy - niczym zestaw do e-learningu.

Gdy weszło, zacząłem cały się zwijać po dużym łóżku. Trwało to tak długo, aż pojawiła się obok mojej nogi duża, czarna jaszczurka o obłym kształcie.  Przerażała mnie i uciekałem od niej, a ona wciąż się pojawiała. W końcu przemogłem się i zostałem - ona stała nieruchomo obok mojej stopy. Dotknąłem jej i nie ugryzła. Pogłaskałem. Weszła na moja kostkę i przywarła do niej, wrastając w skore. Była moja.

Działanie narkotyku ustawało. Opowiedziałem sen babie - chciała ją oderwać od nogi, ale nie pozwoliłem. Po łóżku przewalała się naga kobieta, kusząc sobą. Opierałem się.

Poszedłem oglądać obrady święta, choć całość była tak źle zorganizowana, ze nikt nie mógł tego obejrzeć. W związku z tym zmyłem się do knajpy. Starzy znajomi pili tam i jedli.

Dzwoniłem na Żoliborz do koleżanki, czy mogę przyjechać.

skomentuj (1)

Z wizytą u Ciebie 2011-02-21 17:23:18

Przyjechałem do Twojego domu rodzinnego, przedwcześnie i niespodziewanie. Otworzyła mi Twoja mama w czarnych włosach i czarnych oczach. Powiedziałem jak się nazywam i że przyjechałem do Ciebie. Ona spłoszyła się i uciekła do ogrodu, zostawiając mi otwarte drzwi do domu.

skomentuj (2)

Ezoteryczna szkoła dla trudnej młodzieży 2011-02-09 09:47:31

Popalałem fajki, na korytarzu liceum - wolno mi było, byłem dorosły. Z drugiej strony czułem ogromny wyrzut sumienia, że znów palę.

Była to wakacyjna szkoła dla trudnej  Młodzieży. Stałem na zewnątrz i było ciemno - tak ciemno, jak jest w południe pod kołem podbiegunowym. Weszliśmy do klasy na pierwszą lekcję. Była to pierwsza lekcja po dwóch miesiącach trwania szkoły. Lekcja geografii. Usiadłaś w pierwszej środkowej ławce dla prymusów. Zawołałem Cię, żebyś usiadła ze mną z boku pod ścianą. Przesiadłaś się z wesołym grymasem podirytowania, co ja znowu wymyślam. Siedzieliśmy szczęśliwi, trzymając się za plecami za ręce.

Wszedł nauczyciel i zaczął sprawdzać dziennik. Miał siwa brodę, był niski i nosił szary sweter. Po sprawdzeniu dziennika, wszedł do sali dwumetrowy, wytatuowany dresiarz - uczeń z zeszłego roku. Rzucił się w ramiona nauczycielowi i zaczął z wdzięcznością płakać, za odmienione życie.

Gdy wyszedł, nauczyciel rozpoczął lekcje. Mówił dziwnym, gardłowym głosem, prosto z przepony, co tworzyło miłe wibracje. Zwróciłem Ci na to uwagę. Miejscami głos podchodził pod śpiew. Nie mówił nic na temat geografii. Trochę się podśmiewaliśmy, więc szybko nas rozsadził :/ Następnie sam zaczął wykonywać niesamowity taniec leczniczy ze wschodu, z elementami Tai Chi i Huny. Biegał i podskakiwał po całej klasie. Skóra mu pociemniała, oczy się zwężyły do modelu skośnego i cały odmłodniał. Pojawiła się także jego asystentka, która zaczęła razem z nim, prowadzić lekcję.

Widać było, że nauczyciel próbował wielu szkół i znał się na tym. Gdy skończył tańczyć, zaczął rozmowę z jakąś kobietą, o wizytach u rożnych duchowych guru. Wymieniali się doświadczeniami. Stałem za jego biurkiem i chcąc zrobić mu miejsce, przez przypadek dotknąłem jego rzeczy. Wściekł się. Powiedział, że na poznawanie przyjdzie jeszcze czas i postawił mnie do kąta.

Następnie zaczął się wykład o miejscu w którym byliśmy i zasadach w nim panujących. Że śnieg to śnieg i nie ma czegoś takiego, jak śnieg zeszłoroczny. Było też coś o książkach w stylu Osho.

Gdy lekcja się skończyła, stałem na śniegu w butach, ale bez skarpetek - te musiałem zdjąć za karę za dotknięcie rzeczy nauczyciela. Zdjąłem na mrozie buty, by założyć skarpetki i ze wstydu nie mogłem Ci spojrzeć w twarz.

Poszliśmy całą grupą na ulicę. W małym miasteczku w którym byliśmy, pod dużym miastem, odbywały się same takie dziwne rzeczy na czas tego obozu. Staliśmy oglądając inscenizacje eskorty ważnej osoby przez ninje. Jakiś koleś po raz kolejny  wypytywał się mnie o sytuację z bankomatem, gdyż ponoć coś się tam znał i chciał zrozumieć co się stało. Byłaś gdzieś obok.

skomentuj (1)

Pierwsze sny o Tobie 2011-02-09 09:37:09

Pracowaliśmy w tym samym budynku. W mojej części zgasło światło. Szedłem ciemnymi korytarzami do Ciebie z latarką w ręku. Chciałem żebyśmy już wyszli z budynku.

---

Przyjechałem do G. Twoja mama mieszkała w jednopokojowym mieszkaniu w niskim bloku. Była też tam siostra Twoja starsza. Na przywitanie nie odważyłaś się pocałować mnie w usta przy mamie. 'Ładny chłopiec' skwitowała mnie siostra gdy podawałem rękę. Twoja mama zachowała myśli dla siebie. Stały tam dwa łóżka, leżałem na jednym zmęczony, czekając aż pójdziemy spać, w samych majtkach (było duszno). Na suficie wisiały zapachowe lampiony.

skomentuj (0)

Balonik 2010-11-03 00:18:55

sen długi i skomplikowany, więc tylko fragment

Wyszedłem z ludźmi z imprezy. Na Pradze dział się jakiś festiwal, który postanowiliśmy zobaczyć. Dostalłm na festiwalu mały balonik wypełniony helem i zacząlem się unosić do góry. Gdy byłem nad linią drzew, trochę wystraszyłem się wysokości i zacząłem spuszczać powietrze, by opaść w dół. Opadlem nogami w sam środek instalacji artystycznej, składającej się z igieł które powchodziły mi w ciało. Autorka, która była młodą metalówą, pełną piercingu, zaczęła je wyjmować z nogi, mowiąc, że nie lubi bólu. Ja się zastanawiałem nad higienę tego. Na końcu okazało się, że pod skórą w stopie zostało wiązadełko - małe zawiniątko, którego używali jej wszyscy dziwni znajomi do piercingu i trzeba je szybko chirurgicznie usunąć, gdyż już robił się stan zapalny. Pomyślalem, że złapię HIV i obudziłem się wystraszony.

W pozostałej części snu: całowalem się z dziewczyną, która tego samego wieczoru wychodziła za mąż, i jeszcze zapraszała na ślub; spałem w pustym mieszkaniu ojca; jeździłem dużo po Warszawie i samochodem, i busem i pierwszym metrem, z Kabat do domu na Wilanowską; i śnila mi się maszyna do kopiowania rzeczy, którą pokazywał koleś w pracy. Działała trochę jak xero, a trochę trzeba było się pomęczyć nad nowym kalkulatorem, przygotowując asfalt z domieszką miodu pitnego, żeby skleił blok kalkuklatora z przodem. I choć kumplowi wyszedł mały kalkulator, to już duża kopia była zbyt ciężka i nie do ruszenia i mocowaliśmy się z nią dłużej .

skomentuj (2)

Ogniem w przeszłość 2010-09-07 14:24:26

Zjawa się wydostała z podziemi. Goniłem ją po korytarzach szpitalnych. Jedynym sposobem na jej zniszczenie był ogień. Strzelałem więc do pojemników z łatwopalną substancją, gdy obok nich przebiegała, rozebrałem schody w których były ukryte materiały pirotechniczne i podpaliłem lont. Na nic. Zjawa zdążyła się zaadoptować wśród ludzi i nie mogłem jej sprzątnąć w towarzystwie. Wróciłem więc do piwnicy, by zdobyć trochę tej łatwopalnej substancji, używanej na basenach. Był to alkohol propylowy. Gdy już miałem ukraść butelkę, pojawił się członek związków zawodowych. Zaproponowałem kupno i zaprowadził mnie do swojego szefa. Boss spytał się mnie  tylko 'Po co?'. 'Żeby spalić koleżankę - odpowiedziałem. Szef uśmiał się z dowcipu, i sprzedał mi butelkę za 20 PLN. Za wszystko płaciła przyjacióła, która mi w tym pomagała. Przed wyjściem, zapytałem się, czy w razie czego mogą załatwić inne chemikalia. Odpowiedzieli nie. Wyszliśmy z budynku w noc, idąc z butelką łatwopalnej substancji w kierunku akademika.

skomentuj (1)

Nadmuchiwany Piotr rubik 2010-07-15 17:55:29

Szedłem z ewakuacją wzdłuż morza nad zatoką Pucką. W pewnym momencie trzeba było przejść kawałek wodą. Zamiast iśc po kamieniach leżących pod wodą, poszedłem po dnie. Woda nalała mi się do butelki wody gazowanej w plecaku i namokło mi całe ubranie. Jakaś dziewczyna pomogła mi wyjść na brzeg. Tu rozłożyliśmy biwak - na przepięknej półce skalnej, gdzie odbywały się koncert. Zatoka była z jednej strony zamknięta potężnym masywem skalnym, z drugiej  półka wychodziła w otwarte morze.

Usiadłem pod ścianą zamykającą półkę, w której wydrążone było wąskie przejście do kompleksu świątynnego po drugiej stronie skał - dosyć mało ciekawej i fajnej części wg mnie. Na półce rozpoczął się koncert - Apokalipsa wg Piotra Rubika. Na półkę wpuszczona została ogromna nadmuchiwana postać Piotra Rubika. Z góry na jego sylwetkę została opuszczona nadmuchiwana głowa, animowana od góry linkami, która świetnie wpasowała się w tors. Piotr Rubik zaczął śpiewać i chodzić pomiędzy widzami. Koło mnie zaczęli się miotać tancerze, w tym jeden z niesamowicie pomalowaną na czerwono głową. Wstałem i idąc powoli między tancerzami, zmierzałem w kierunku plecaka przy brzegu, żeby wyjąć aparat fotograficzny. Gdy do wyciągnąłem stanąłem na pozostałości wieżyczki, w niewygodnej pozycji. Zamiast robić zdjęcia, miotałem się z filmem - wysunął się z aparatu. Obok mnie stanął inny fotograf. Po scenie kręciło się teraz kilka ogromnych postaci, ale w tym skądinąd teatralnym widoku kolorowych nadmuchiwanych lalek wielkości domu było coś przerażającego - nie mogłem podnieść głowy, by na nie spojrzeć.

Wróciłem pod ścianę i zacząłem robić zdjęcia aktorom przebranym za torreadorów. Z tłumu poleciał okrzyk, że nie wystarczy kupić strój, by zagrać torreadora. Aktorzy skwitowali to niepewnymi uśmiechami - naprawdę wyglądali tak, jakby nie wiedzieli co robić. W obiektywie wyglądali nieźle.

W moją stronę ruszyła scena powrotu córki do domu - robiłem zdjęcia pięknie przebranej dziewczyny, z maską na twarzy. Szedłem tyłem robiąc foty, aż znów doszedłem do wieżyczki. Część sceny rozgrywała się na niej, musiałem więc opuścić się na jej bok, i jedną ręka trzymałem się metalowej poręczy, a drugą waliłem foty. Znów jakieś kobiety biorące udział w przedstawieniu chciały mi pomóc, ale mi się tak dobrze wisiało.

Pode mną była mała półeczka skalna na której stały dwa boksery. Z ziemi (która była dobre kilkanaście metrów pod nami), rzucił się na jednego z nich owczarek niemiecki i zagryzł go. Tłumaczyłem sobie że to owczarek, nic dziwnego więc że potrafi się niezle wspinać. Podciągnałem się na barierkę i wszedłem na wieżyczkę, zrzucając przy okazji ciało boksera w dół. Gdy stanąłem znów na półce okazało się, że mam nieźle poharataną kostkę przez owczarka. Gdy zerknąłem w dól, włos mi się zjeżył na głowie - wszędzie widać było drzewa-zombie atakujące ludzi i nie wyglądało to na element sztuki. Wtedy zrozumiałem że cała ewakuacja i sztuka były pułapką. Drzewa te nie były zbudowane z jednego pnia, lecz z wielu gałęzi ułożonych równolegle w pionie, które drzewo mogło rozplątywać i splatać na zawołanie. Do tego poruszały się piekielnie szybko, miały oczy i ostre zęby. Wtedy też zrozumiałem, do czego służyło wąskie przejście wykute w skale- przez nie drzewo nie mogło przejść. Rzuciłem się w jego kierunku i w ostatniej sekundzie zdążyłem przed drzewem, które próbowało mi zagrodzić drogę. Bezpieczny biegłem ciemnym korytarzem, zastanawiając się czy ugryzienie owczarka mnie zaraziło i wyobrażając sobie, czy jeżeli wykiełkuję w drzewo w tym przejściu , to zostanę tu na zawsze wrośnięty w skałę.

W końcu doszedłem na drugą stronę skał. I choć nie podobało mi się, że jest tu otwarta przestrzeń, to byłem bezpieczny. Wdrapałem się na szczyt ściany, z której rozpościerał się piękny widok na zielony park. Postanowiłem się rzucić do przodu i udało mi się to dopiero za trzecim razem. Doleciałem do korony najbliższego drzewa (ale już normalnego) i wybiłem się wyżej. Odbijałem się od latarni i tyczek zawieszonych w powietrzu. Wyżej, i wyżej. Klimat XIX-wiecznej Anglii. Przelatywałem obok unoszącej się karocy, w której wirował dym - jakiś dziwny byt. W końcu wylądowałem w czyimś sklepie, a że właśnie właścicielka otwierała go od zewnątrz, wybiłem się lekko do góry i przeniknąłem ścianę pod sufitem.

Obudziłem się i zadzwoniła moja znajoma, której zacząłem opowiadać sen - jej obecność działała na mnie kojąco. Siedziałem mówiąc trochę do niej,  trochę do jakiejś obcej laski siedzącej obok, gdy zorientowałem się, że za mną leży A.
-Co się przyśniło? Może jakieś zwierzaczki się przyśniły? - powiedziała powoli niskim, drwiącym głosem. Obudziłem się.

skomentuj (0)
Księga Gości